Dzień pierwszy - dojazd do Zakopanego i nocleg pod Siwym Zwornikiem


Po ostatniej, nieudanej wycieczce na grań zachodnią dwóch śmiałków postanowiło spróbować przejść najtrudniejszą jej część od Ornaka po Ciemniak. Wcześniej nie udało im się razem wybrać ze względu na chorobę jednego z nich. Drugi zaś po ostatniej porażce chciał usilnie przejść nie przebyty jeszcze odcinek Tatr. Chodziło o nieszlakowany, dziki odcinek Tatr Zachodnich, między Pyszniańską a Tomanową Przełęczą. Oboje umówili się na spotkanie o 3:40 w Krakowie, gdzie jeden miał się dosiąść do drugiego, podróżującego ze "świętego miasta". Szybciej rozpoczynający przygodę, zajmując miejsce w autobusie, uzmysłowił sobie brak aparatu fotograficznego, pozostawionego na fotelu w miejscu zamieszkania. Jakaż była jego rozpacz, gdy zaraz potem auto ruszyło ku przygodzie. Krótkie wiadomości do znajomego towarzysza o braku tego, tak bardzo pożądanego przedmiotu, nie wniosły nic nowego a tylko bardziej przygnębiły podróżnika. Krakowianin, bowiem nie posiadał aparatu jak i oboje nie mieli go w swoich komórkach. Różne myśli przebiegały po głowie jadącemu do stolicy Tatr. Myślał o aparacie jednorazowym, kupionym gdzieś po drodze - tylko gdzie w nocy tego będzie można dokonać? Gdy się już pogodził z rzeczywistością przyszła druga niespodzianka. Krakowianin nie zjawił się na dworcu, nie odbierał telefonów a zadzwonił dwie minuty po odjeździe transportu. Co?, Niemożliwe!, Jak to odjechał? - Dało się słyszeć w słuchawce starego, wysłużonego telefonu niemieckiej firmy. Następny autobus odjeżdżał godzinę później więc czekać trzeba było na dworcu. Nic jednak szybciej nie jechało z Zakopanego do Kir, skąd oboje mieli wyruszyć na dwudniową wędrówkę. W Krakowie wsiadła za to dwójka, pewniaków - górskiej braci, z którą oczekujący przed godzinę mógł rozmawiać o górskich przygodach. Oni też zmierzali do doliny Kościeliskiej by przejść prawie tą samą trasę tyle, że w przeciwnym kierunku i w jeden dzień. Mieli za to małe, lekkie plecaki z termosem, rakami, oczywiście aparatem w środku i kijkami na zewnątrz. Nie trzeba mówić jak ten aparat irytował. Tak gawędząc ubrali się do wędrówki zimowej. Na spodnie i buty założyli stuptuty a co potrzebne przygotowali by było pod ręką. Zanim nadarzyła się pierwsza możliwość dojazdu do doliny zjawił się spóźniony i razem pojechali na start. W Kirach trójka gawędziarzy z dworca wysiadła równym krokiem, czekając na spóźnialskiego. Ten chyba zasnął i ledwo udało się go wyciągnąć z autobusu ku niezadowoleniu kierowcy. Przyznać trzeba, że ostatnie trzy początki wypraw były falstartem. W grudniu jadąc na dworzec autobusowy w "świętym mieście" nagle zapalił się tramwaj i ledwo można było zdążyć na spotkanie z obecnym towarzyszem. W styczniu zamiast kompana z grudnia, pojechał ze 20 wiosen starszy warszawiak bardzo dobrze zaopatrzony w sprzęt. Wówczas kazał na siebie czekać w jakiejś dziurze z poślizgiem dwugodzinnym. Obecnie: brak aparatu, spóźniony i niewyspany kompan.


Start !!!


W okolicach godziny siódmej pierwsza dwójka wyskoczyła do przodu i pognała Kościeliską. Druga para za nimi, mozolnie z wielkimi plecakami na barkach. Mieli w nich, namiot, śpiwory, jedzenie i sprzęt kuchenny, minimum szpeju z liną oraz sprzęt zimowy, bez którego nie dałoby się przeżyć na oblodzonych podejściach. Dodatkowo, jeszcze ubrania na zmianę a wszystko to liczne kilogramy dźwigania. Ten pierwszy startujący, miał jeszcze kijki, które były wielce pomocne podczas dalszej wędrówki. Spacerkiem dotarli do schroniska Ornak o 9:30. Tam zjedli śniadanie i pognali dalej na Iwaniacką Przełęcz. Po drodze krakowianin rozebrał się do ostatniej warstwy - koszulki termoaktywnej. święty zaś, już w schronisku zostawił tylko cienki polar i rozpiętą kurtkę, w której doszedł na przełęcz o 11:09. Tam zjedli po kostce czekolady i podreptali dalej w las. Prowadził tamtędy przetarty szlak, ku ich zdziwieniu i radości. Śniegu było sporo od samego wejścia na szlak od schronu. Radość jednak trwała krótko, gdyż zaraz za lasem czekał na nich jeden samotnik, widząc ich, uśmiechnięty od ucha do ucha. No teraz wy przecieracie! Po chwili wyboru najlepszej drogi rozpoczęła się walka o każdy metr podejścia Ornaka. Początkowo się nie zapadali, szli po zmarzniętym śniegu wbijając boki obuwia i tym samym robiąc stopnie jeden drugiemu. Krakowianin prowadził a za nim święty i samotnik z tyłu. W jednej trzeciej zmiana. święty oddał kije kompanowi i podreptał w górę. Pogoda od samego rana była taka sobie by nie mówić, że do niczego. Widoki na Ciemniak i ich grań spod lasu, widoczna była jak na dłoni. Tymczasem zaczął padać mokry śnieg. Pokrowce przeciwdeszczowe zostały naciągnięte na plecaki, czekan w rękach świętego i kijki tego od smoka. Stromość coraz większa i zapadanie się po kolana stało się normą by pod koniec, gdy dotarli do kosówki, zamienić się w oblodzoną taflę pokrywającą roślinność przyziemną. Krakowiak i samotnik postanowili nie męczyć się dalszą drogą o gołej podeszwie i wdziali raki. Święty z uporem maniaka, pomagając sobie dziabą, dotarł jako pierwszy na górę a zaraz za nim jego towarzysz. Było to mniej więcej o godzinie trzynastej, co samo przez siebie mówi o warunkach, jakie im towarzyszyły. Tam zjedli następną porcję czekolady popijając gorącą herbatą i rozglądając się na okoliczne widoki, jeśli można nazwać to widokami. Wiał tam dość mocno wiatr i padał śnieg. Widać było tylko następny szczyt a więc Ornak, gdyż byli dopiero na Suchym Wierchu Ornaczańskim. Zanim święty założył raki, dotarł do nich samotnik, którego tu widzieli po raz ostatni. Mówił, że jeszcze przejdzie parę kroków, po czym wróci się na dół by zakończyć tym akcentem swój pobyt w górach. W schronisku prócz niego było kilku francuzów i polska para ski-tourowców, która bardzo się dziwiła wędrówce ku górze z takimi plecakami. Czego jeszcze się dowiedzieli w schronie? Oczywiście o magicznej liczbie określającej zagrożenie lawinowe. Była trójka i żadnych innych wiadomości o pogodzie. Znali ją z dnia poprzedniego a brzmiała mniej więcej tak: Sobota (dziś) - pochmurno z przewidywanymi możliwymi zamieciami i opadami. Niedziela - pochmurno bez opadów. Warunki turystyczne i wspinaczkowe niekorzystne, i bardzo trudne, wymagające dużego doświadczenia zimowego. Szlaki powyżej schronisk nie przetarte. Śniegi niezwiązane, przewiewające z jednej strony na drugą, itp. Na pierwszy rzut oka widać, że tylko wariaci mogą się w taką pogodę wybierać w góry. Oni jednak po drodze do schroniska rozdzielili tych na dwa rodzaje. Tych, co chodzą po górach świadomie z pewnym doświadczeniem, do których siebie zaliczyli i tych, którzy robią to tak samo z ryzykiem wspinu po lodowej ścianie typu przebytych po drodze ścian nad Kościeliską, czyli rozważnych inaczej. Tak, więc dalej poszli samotnie. Krakowiak już kiedyś tu był, lecz nie do końca jeszcze kojarzył gdzie, co i jak. Święty przeszedł tędy już kilkakrotnie o różnych porach roku i tym samym prowadził tego drugiego. Widoczność spadła do około stu metrów. Za Ornakiem przed Siwymi Skałami, mniej, więcej na Ornaczańskiej Przełęczy w przeciwnym kierunku podążali na dół ostatni śmiałkowie. Pod tymi skałami chroniąc się od wiatru dwójka ugotowała zupę i szybko ją wchłonęła. Do Siwej Przełęczy dotarli około godziny piętnastej, gdzie nagle widoczność spadła do około 5 metrów. Święty wiedział, że teraz najgorszy odcinek - Siwe Turnie. Z prawej urwisko do Doliny Starorobociańskiej, z lewej Dolina Pyszniańska. Ruszyli do przodu i krok po kroku posuwali się z trudem o każdy metr, smagani zamiecią, zlewającą wszystko do koła w jedną białawą barwę. Po drodze o mały włos nie przepadłaby mapa, która się zsunęła kilkadziesiąt metrów na stronę Pyszniańskiej. Później zaś, świętemu na tę samą stronę uciekł jeden z kijków. Widoczność pogarszała się coraz bardziej. Przez chwilę było widać wyraźnie zarys trójkątnej grani pod nogami, po czym za moment na wyciągnięcie ręki ginęła w szalejącym wietrze, śnieżycy i mgle. Dwudziestominutowy latem odcinek, zmęczyli granią po godzinie. Pod Siwym Zwornikiem z lewej strony Siwych Turni znaleźli głęboki kocioł ze ścianą śniegu z potężnym nawisem na górze, w którym postanowili ku obawom świętego przenocować. Nawis został utworzony przez wiejące wiatry od strony słowackiej i wyglądał jak pozostałość po oderwanej większej części o grubości kilku metrów. Po próbie wywołania małej lawiny z góry i upewnieniu się, że nic im grozić nie może, krakowianin przekonał drugiego do rozbicia w tym miejscu namiotu. Zanim jeszcze tego dokonali poćwiczyli na tej ścianie hamowanie czekanem. Po zabawach wyrównali teren na ile się dało i rozbili się. Namiot był trzyosobowy, więc było w nim sporo miejsca na nich dwóch i cały sprzęt, jaki posiadali. Problemem, były odciągi, bo nie wiadomo, do czego było je przytwierdzić. Właściciel nie miał szabli śnieżnych, więc wymyślili, że ze szpeju, kijków i czekanów zrobią, co trzeba. Podłogę a raczej zaczepy z niej przymocowali za pomocą pętli do czekana, bądź kijka zaczepiając też o niego odciąg. Z trzech stron tak zrobili a od wejścia podobnie za pomocą taśmy. Z niczego okazało się, że zrobili najlepszą z możliwych opcji, która bez trudu dotrwała do rana. Przed siedemnastą rozpakowywali plecaki osłonięci od wiatru z czterech stron. W dziurze panował spokój i tylko, co jakiś czas zawirowanie podmuchu przeszkadzało im w odpoczynku. Po niezbyt smacznej kolacji około osiemnastej gotowi byli do odpoczynku. Krakowianin był szczęśliwym posiadaczem nowiutkiego śpiwora puchowego z komfortem do -12 stopni Celsjusza. Święty gorzej, bo tylko syntetycznego z komfortem w cudzysłowie do -8 stopni Celsjusza a ekstremum, do -17 choć raczej byłaby to awaryjna próba przetrwania. Nie mieli termometru, ale mniej więcej dali otoczeniu około -10 stopni. Święty ubrał kalesony (bieliznę termiczną) i spodnie polarowe oraz dwie pary skarpet a stopy włożył do pokrowca śpiwora, bawiąc tym towarzysza. Górną część ciała chroniła oddychająca koszulka, cienki i gruby polar o gramaturze 300. Postanowił spać bez czapki, lecz śpiwór zaciągnął tak szczelnie, że chyba tylko dwa palce mogły przejść przez pozostawiony otwór. Ten w puchowym postanowił spać w koszulce termoaktywnej, później ubierając jeszcze polar. Stopy jednak mu zmarzły do rana. Obawy świętego, że ciężko będzie przetrwać w jego śpiworze na szczęście się nie zrealizowały i choć komfortu nie było, utwierdził się o przetrwaniu gorszego mrozu. W nocy w zagłębieniu było spokojnie i wiatr nie przeszkadzał zbyt mocno w spaniu jednak, co jakiś czas oboje budzili się sprawdzając, co się dzieje. Najpierw była dwudziesta-pierwsza, później dwudziesta-trzecia, dwudziesta-czwarta, druga trzydzieści, czwarta, piąta, szósta trzydzieści i w końcu siódma dwadzieścia.




Dzień drugi - grań zachodnia - nieznana



Święty nie mógł już dłużej wytrzymać i obudził znajomego o siódmej trzydzieści. Z początku nagrzał trochę namiot kuchenką, po czym roztopili śnieg na herbatę do jednego i drugiego termosu. Później ugotowali kaszkę z bakaliami, którą się zapchali i powoli rozpoczęli się zbierać. Pakowanie przebiegało w wielkim harmiderze, gdyż żaden nie chciał pierwszy wyjść na zewnątrz. Święty dobrze wiedział, że i tak będzie pierwszym, bo namiot był tego drugiego, więc on ostatni musiał go opuścić. Po spakowaniu wyrzucili plecaki na zewnątrz, jeden wyszedł z namiotu i mył garnki a drugi sprzątał wnętrze. Pierwszą reakcją świętego było zaskoczenie z pogody, którą zastał na zewnątrz. Było mroźnie, lecz niebo całkowicie bezchmurne ze słońcem ogrzewającym policzki. Pierwsze kroki skierował ku górze by zobaczyć i nacieszyć oczy bezkresnymi widokami do koła. Niestety, na Zworniku nie było tak spokojnie i czuć było porywisty wiatr od Słowacji. W dali sąsiadów widoczne góry z zawieszonymi na nich chmurami i błękitem nad nimi. Akurat przez Błyszcza przedzierała się niewielka zawiesina mgły. Dalekie chmury wydawały się powoli przesuwać w jego kierunku. Calutka grań dzisiejszej wędrówki była odsłonięta. Masyw Ciemniaka dumnie czekał na śmiałków, odsłaniając swe walory. Po chwili uciech duchowych, trzeba było wrócić do namiotu i zebrać biwak do plecaków. Dwadzieścia minut przed godziną jedenastą dwójka wyruszyła w kierunku Błyszcza. Szli ośnieżoną granicą państwa bacznie zwracając uwagę na swą lewą stronę czyli Dolinę Pyszniańską. Im dalej szli musieli przyglądać się też prawej, gdyż weszli na Liliowe Turnie z niezłym spadem w dół. Trudno określić, która droga była najlepsza. Początkowo chcieli zejść po stromej części turni i dalej wchodzić mniej więcej równo z letnim niebieskim szlakiem słowackim. Obserwowana nad nimi coraz większa połać śniegu odebrała im tę myśl i postanowili przejść do przełęczy Bystry Karb. Ponieważ nie byli pewni czy całość a przy najmniej część niezwiązanej pokrywy nie posunie w dolinę, ostrożnie z dużym odstępem między sobą przedostawali się do niej. Zapadali się po kolana lub próbowali w bijać raki w zwartą taflę lodu. Gdy tam dotarli spojrzeli na Błyszcza o ponad dwieście metrów przewyższenia. Na jego zacienionym boku, przez który poprowadzono dalej granicę państwa, widoczne były wystające zmrożone trawki oraz goła oblodzona skała. Powoli, mozolnie jak dnia poprzedniego na Ornak, posuwali się wyżej krok po kroku. Czasem musieli się zatrzymać by, oddetchnąć i w tym momencie obejrzeć za siebie. W jednej z takich chwil święty dostrzegł kilka sylwetek na grzbiecie Ornaka. Krzykiem oznajmił to będącemu wyżej kompanowi, który ich jednak nie dostrzegł a i święty zaczął się zastanawiać czy to, aby nie zwidy. Dzisiaj prowadzącym był krakowianin, któremu chyba po wczorajszej aklimatyzacji i dobrze przespanej nocy wróciła werwa walki. Około trzynastej przekroczyli stromy żleb i rozpoczęło się zejście do Pyszniańskiej Przełęczy. Nie poszli na Bystrą, ze względu na silny wiatr, który utrudniał już samo utrzymanie się w pozycji wyprostowanej. Podczas zejścia jeden z podmuchów zerwał przodownikowi pokrowiec przeciwdeszczowy z plecaka i pognał z nim w kierunku żlebu. Szybka reakcja pozwoliła odzyskać zgubę zanim całkowicie pogrążyłaby się w stromym i niebezpiecznym żlebie. Tutaj oboje spostrzegli pięcioosobową grupę piechurów w okolicach Siwej Przełęczy. Wiatr się wzmagał i choć jeszcze chwilę później widać było, że część z nich próbuje podejść Siwymi Turniami, dalej więcej ich już nie ujrzeli. Do przełęczy dotarli pół godziny po przekroczeniu Błyszcza i tam, chwilę postanowili odpocząć ogrzewając się pierwszymi łykami rannej herbaty. Teraz rozpoczęło się żmudne podejście na Kamienistą - trzysta czterdzieści metrów przewyższenia. Wiatr był tak silny, że musieli iść zgięci w pół wyglądając w tyłu jakby kładli się na prawo. Podmuchy wiejące tam zapewne dłuższy czas wyrzeźbiły na zmarzniętym śniegu coś w rodzaju rowków, tworząc fakturę podobną do drapanego tynku. Gdy tylko się oglądali wypatrując pieszej piątki, podmuch obracał ich jak listki na wietrze. Wówczas z wyraźnym trudem utrzymywali równowagę. Po dłuższej walce z siłami natury, tuż nie daleko od wierzchołka, krakowianin postanowił się schować z lewej strony góry. Tam nie wiało, gdyż ta część była osłonięta ścianą Kamienistej schodzącą do miejsca zwanego Babie Nogi. Skoro tam się znaleźli, postanowili spróbować się przedostać dalej, trawersując zbocze. Oboje na wyczucie określili małe prawdopodobieństwo zejścia lawiny, choć adrenalina była na wysokich obrotach. Krakowianin poszedł pierwszy. Zrobił kilka kroków po twardej tafli lodu wybijając stopnie dla drugiego. W pewnym momencie potknął się i zaczął zsuwać w dół. Leciał powoli, lecz przebyte sekundy zdawały się wiecznością. Święty krzyczał by hamował czekanem. Tamten jednak nie mógł się zebrać i wyzbyć hamowania nogami jakiego nauczył się podczas bieszczadzkich wojaży bez raków. Krzyczący modlił się w duchu by tylko nie obróciło spadającego, co skończyłoby się tragicznie. Zanim zdążył wbić dziabę w oblodzony śnieg udało mu się jednak wyhamować nogami i zatrzymać na rakach. Serca obydwu chciały wyskoczyć z piersi. Dalej każdy przebyty krok był skupieniem dla jednego i drugiego. Szybko przeszedł w bezpieczne miejsce pod wystającymi głazami, gdzieś na środku żlebu. Towarzysz dalej czekał na swą kolej. Pierwszy przeszedł pod następne skały i w tym momencie drugi doświadczył problemu drogi. Tafla czasem był cieniutka i przebijał się przez nią, zapadając niewiele w zmrożonym śniegu. Czasem jednak i to w większości, ledwo można było wbić kolce raków w ten beton. Na całej stromiźnie wystawały, co jakiś czas kamienie lub większe głazy, które były wyznacznikiem na chwilowy przystanek. Buty się koślawiły w kierunku nastromienia powodując bóle kostek. Mimo woli próbował trzymać stopę prosto wbijając wówczas tylko zęby jednej strony raków i tym samym zmniejszając ich przyczepność do podłoża. Taki stan rzeczy powodował potknięcia, których nie dało się na tym etapie uniknąć. Trawersując i przystając co chwila w okolicach jakiegoś kamolca, rozglądał się co chwila do koła z obawami spoglądając do góry. Przejście tego skrótu otrzeźwiło stan umysłu obojga. Święty wyglądał za skałami słynnej rynny - Hlińskiej Przełęczy, o której czytał na forach internetowych i opowiadał kompanowi poprzedniego dnia, planując nocleg. Pierwsza widoczna nie zrobiła na obu żadnego wrażenia. Była całkiem płaska i niewielka jak na nocleg. Byli jednak jeszcze z lewej strony Kamienistej i to coś płaskiego zasłaniało im, to co mieli zobaczyć. Jak na razie oglądali sobie skały samego wierzchołka po prawej i zastanawiali się czy dało by się tamtędy przejść? Zgodnie ogłosili, że trawers był dobrym wyborem. Pomiędzy górą Dolinczańskiego Grzbietu, na którym było to coś płaskiego a wierzchołkiem Kamienistej teren nagle się obniżał tworząc mały kocioł. Idąc tym kotłem otworzył się słynny widok, rzeczywiście jeszcze nigdzie indziej w Tatrach niespotkany. Lepszym określeniem byłby głęboki rów długi na około kilometr aż pod Smreczyński Wierch. W ten sposób powstały dwie granie z bezpiecznym po między nimi schronieniem od wiatru, za to pełnym nawianego śniegu. Gdyby tylko był aparat. Najniższy punkt tworzył Hlińską Przełęcz. Na samym końcu, u wylotu rowu, tuż pod skalnymi ścianami szczytu Smreczyńskiego, postanowili ugotować obiad. Teren wydawał się dobrze osłonięty od wiatru, godzina piętnasta-trzydzieści i chwila na coś ciepłego, na dodanie sił. Topienie śniegu szło jakoś ślamazarnie, do tego wiatr zaczął się wdzierać do rowu. Maszynka osłonięta karimatą kilkakrotnie gasła. Krakowianin czuł się oszukany niby skrytym terenem. Zmarzły im kończyny a roztopiona woda dalej się nie chciała gotować. Jakby nie rozkręcać zawór palnika, dawał tylko jeden stały i słaby poziom ognia. Po kwadransie albo i dłużej postanowili zmienić maszynkę na drugą, którą na szczęście mieli ze sobą. Po chwili gotowali już zupę by w minucie rozlać ją do kubka, który na złość jeszcze się ukruszył od próby opróżnienia z niego pozostałego śniego-lodu. Nie wiadomo, co było przyczyną awarii kuchenki. Być może fakt, że przeleżała z kartuszem całą noc obok śpiworów. Ranne gotowanie trwało już dość długo. Druga przerwała noc w śpiworze z innymi klamotami. Oboje bardzo przemarzli przez ten czas, niewiele się rozgrzewając wrzątkiem. Zmarnowali przy tym około pół godziny. W międzyczasie każdy musiał trochę pobiegać pod górę dla rozgrzewki. Dzięki temu święty obejrzał sobie ewentualną drogę zejścia, o której rozmyślał już od pewnego czasu. Do Tomanowej Przełęczy było jeszcze daleko a wieczór zbliżał się nieubłaganie. Rozmawiali o tym już wcześniej, choć krakowianin chyba nie dopuszczał tego rozwiązania. Chodziło o zejście na dół jednym z licznych grzbietów i tu nadarzyła się okazja wejścia na Skrajny Smreczyński Grzbiet by dalej przez las Jaferowym Grzbietem dostać się w okolice Smreczyńskiego Stawu. Ten las nie podobał się temu z Krakowa, jednak ze względu na okoliczności postanowili spróbować. Musieli przejść część potężnego żlebu powstałego od Dolinczańskiego Grzbietu aż do Skrajnego Smreczyńskiego tworzącego u dołu dolinkę. Najpierw weszli pod skały, wystające i jakby zwisające spod szczytu. Nachylenie od razu wydało się dużo większe od tego spod Kamienistej, co wzmożyło ich czujność. Prowadzący wyskoczył do przodu ścinając pod górę do najbliższych skał. Poszedł jeszcze dalej a za nim drugi. Tym razem trzeba było sobie pomagać ostrzem dziaby, gdyż stylisko zbyt słabo można było wbijać w podłoże. Całość wydawała się tworzyć jedną wielką zmarzlinę lodu. Raki nie mogły lub nie chciały się w nią wbijać. Każdy krok to balansowanie na granicy końcówek zębów sprzętu. Zanim święty dotarł do pierwszych skał, krakowianin był już dużo wyżej na oblodzonej ścianie. Dało się słyszeć tylko "odwrót" i było wiadomo, że dalsza droga to samobójstwo. W środku ściany zawieszony jęzor śniegu tylko czekał na śmiałków by zabrać ich na desce w dolne rejony doliny. Przodownik był tak wysoko, że postanowił przedrzeć się z powrotem ponad nawisem skalnym. Drugi wrócił się w dół z powrotem by dalej wspinać się po cienkiej linii lodu do spotkania z pierwszym wyżej. Tu lód wydawał się być zawieszony jakby w powietrzu pomiędzy skalną ścianą, jak na poduszce. Ledwo wystające kamienie, znów były wyznacznikiem i ostoją miernej namiastki bezpieczeństwa. Czekan zatapiał całe ostrze w tej poduszce ledwo wisząc na szybie lodu. Ciężar plecaka i takie akrobacje pod górę około siedemdziesięciometrowego odcinka, całkowicie wykończyły sprawność świętego. Gdy dotarł do bezpiecznej strefy był całkowicie wycieńczony z szybkim nierównym oddechem. Następne pół godziny zostało zmarnowane. Czekolada długo musiała się wchłaniać by odzyskać siły. Tymczasem krakowianin znalazł już drogę wyżej z prawej strony grani, czyli od strony słowackiej. Pod wielkimi głazami dostali się nad jeszcze bardziej stromy, mocno ośnieżony żleb. Tam zapadali się przynajmniej po kolana a w dół spadały zwalone przez nich płaty śniegu. Oboje czekali na start lawiny trzymając się kurczowo wystających skał. Nic jednak się nie działo prócz znanego im z pod Kamienistej silnego wiatru. Pierwszy podreptał dalej, przecierając szlak. Wchodził prawie pionowo na mały kominek by dalej w prawo odbić znów pod skały. Drugiemu każdy krok sprawiał trudność, lecz spokojnie gonił kompana. Drugie skały odsłoniły jakiś grzbiet i przełęcz z dalszą stromizną ku dołowi. Po ich obejściu trzeba było jeszcze trochę się wspiąć by niedługo potem wyjść na wierzchołek Smreczyńskiego Wierchu. Cały czas brnęli w białym puchu. Na górze byli o godzinie siedemnastej-pięć. Niezbyt dobry czas zważywszy, że wyszli godzinę wcześniej spod wierzchołka. Podczas wejścia święty zachwycał się widokiem bliskich szczytów Tatr, czerwieniejących w promieniach zachodzącego słońca. W oddali niebo robiło się purpurowe, później granatowe. Mimo zachwytu wiedział, że nie dają rady dojść do Tomanowej Przełęczy przed zmrokiem. Jeszcze bardziej zachwycił się widokiem Kominiarskiego Wierchu z samego wierzchołka Smreczyńskiego. Kominiarz wyglądał jak otwarty na tę stronę krater po uderzeniu meteorytu bądź bomby. Z żadnego innego miejsca nie wygląda wspanialej. Ściany wewnątrz krateru zachęcają do ciężkiej wspinaczki. Ze szczytu oboje razem przyznali, że nie mają zamiaru schodzić Skrajnym tylko, jeśli już to Zadnim Smreczyńskim Grzbietem. Ten pierwszy nie wyglądał przyjaźnie, szczególnie jego górna część, do której trzeba było się dostać znów przez skalny uskok. Zanim ruszyli w wybranym kierunku krakowianin oświadczył z bólem, że zamarzają mu palce stóp. Zastająca ich niechybnie noc przyniosła drugiemu wizję wzywania śmigłowca lecz czy da radę w ogóle dolecieć tu przy tej wichurze? Ruszyli dalej. Święty teraz prowadził do Smreczyńskiej Przełęczy. Tylko jeszcze jedno niewielkie przewyższenie musieli pokonać. Niebo coraz bardziej ciemniało, okoliczne szczyty ginęły powoli w ciemnościach. Zanim weszli na grzbiet trawersując nieco w lewo Tomanową Kopę, przyglądali się jeszcze widocznemu Tomanowemu Wierchowi Polskiemu. Podejście było jeszcze spore i częstochowianin nie chciał już nawet o nim myśleć. Za nią było nie widoczne i nieznane mu miejsce zwane Tomanową Przełęczą. Zejście z niej Kamienistym Żlebem nie wyglądało przyjaźnie pod ścianami Ciemniaka. Tylko, gdy weszli na bezpieczne miejsce grzbietu, wyciągnęli czołówki i przestudiowali mapę. Na ciemnym niebie pojawiły się pierwsze widoczne gwiazdy. Można już było rozpoznać Oriona błyszczącego nad Tomanowym Wierchem. Było po osiemnastej. Zeszli niżej, gdzie grzbiet rozdzielił się na dwa z niewielką rynienką między nimi. Pokryta przewianym śniegiem kosówka utrudniała drogę. Szybko jednak dostali się do granicy lasu, gdzie odpoczęli około dziesięciu minut wypijając ostatnie łyki ciepłej herbaty. Teraz czekało ich przedzieranie się przez gęstwinę przy niewielkim świetle ich latarek. Z kompasem w ręku i zerkaniem, co jakiś czas na mapę krakowianin sprawdził się jako bieszczadzki przewodnik, wyprowadzając ich na Wyżnią Tomanową Polanę kwadrans po dziewiętnastej. Tu oboje uzmysłowili sobie, że są bezpieczni i podreptali dalej już przetartą przez ski i zwykłych turystów, zielono znakowaną trasą. W dolinie Kościeliskiej byli niecałe pół godziny później by w schronisku wyprosić jeszcze wrzątek na ostatnie zupki instant. Jakim luksusem było ściągnięcie raków z butów i plecaków z barków. Posileni przepakowali tobołki i podreptali do Kir. Po drodze z okolic Wyźniej Pisanej Polany krakowianin zauważył jeszcze poruszające się na ścianie światełka. Do ujścia doliny dodreptali o dwudziestejpierwszej-czterdzieści by próbować złapać jakikolwiek transport do Zakopanego. Dłuższe oczekiwanie nie przynosiło rezultatu. Nie wiele samochodów przejeżdżało tamtędy a żaden nie chciał się zatrzymać. Zagadnęli kilku ludzi wyjeżdżających z parkingu, ale jechali w przeciwnym kierunku. Po jakimś czasie udało im się złapać stopa. Jechała nim dwójka ze ściany. Byli to grotołazi z eksploracji jaskini Czarnej, którzy podrzucili ich pod końcówkę Krupówek. Na dworzec autobusowy dotarli przed dwudziestą-trzecią skąd nie udało się już wydostać ze stolicy Tatr. Jeszcze coś zjedli w McDonaldzie by przespać się w Domu Turysty. Z zewnątrz budynek jest ładnie wykończony kamieniem i gontem. Wnętrze jednak przypomniało czasy świetlności komunizmu. Cóż, jak trzeba było to trudno. Wczesnym rankiem święty wyruszył ku domowi by zakończyć ten ciekawy, bogaty w nowe doznania, zimowy wypad. Tydzień później w części, do której nie udało się im dotrzeć a więc między Tomanową Przełęczą a Ciemniakiem, lawina porwała znanego himalaistę Artura Hajzera. Szczęśliwie wyszedł z tego bez szwanku.


© Mielczarek Paweł