"Już od dawna wiedziałem, że łatwo można oszaleć. Nietrudno. Nie myślałem jednak, że tak straszliwie łatwo. Z czasem zacząłem coraz lepiej się na tym znać. Tak, że teraz mogę postawić zagadkę: jaka jest najłatwiejsza rzecz na świecie? Oszaleć! I druga zagadka: jaka jest najtrudniejsza rzecz na świecie? Nie oszaleć!".
Edward Stachura - Cała jaskrawość



Wymyśliłem sobie szalone zadanie. Zapalony Tatromaniak wchodzi na Rysy z poziomu morza. Ciężko znaleźć innego szaleńca, który podjąłby się takiej mordęgi. Jako samotnik wcale się tym nie przejąłem i ostatniego szkolnego dnia postanowiłem wyruszyć.


Celem było wejście na Rysy (najwyższy punkt naszego kraju, Polski) z poziomu morza czyli 0m n.p.m. Jako punkt startowy obrałem najbardziej wysunięty na północ skrawek wybrzeża. W listopadzie 2003 roku została nim określona Jastrzębia Góra, w której w lesie pomiędzy szkołą podstawową a głównym zejściem na plażę przy ulicy J. Sobieskiego umieszczono obelisk ze stosowną ku temu informacją. Plan był więc prosty. Naniosłem na mapę Polski punkt w Jastrzębiej Górze, drugi w Morskim Oku, łącząc obydwa linią prostą. Jak tylko będzie można, postanowiłem trzymać się tego wyznacznika przy wyborze trasy, którą zamierzałem pokonać na dwóch kółkach. Dlaczego na rowerze? Ktoś mógłby powiedzieć, że takie wejście na szczyt  jest wielkim ułatwieniem. Czyż wspinacz używający sprzętu jest równy człowiekowi wchodzącemu na żywca? Chylę czoła każdemu, kto zrobi to wędrując. Nawet w tym czasie jeden śmiałek podjął się tego zadania, lecz w przeciwnym kierunku, niejako schodząc, a nie wchodząc. Ja ze względu na czas wybrałem opcję pedałowania.


Prawie dwunastogodzinną podróż pociągiem zamierzałem zakończyć we Władysławowie, skąd już kołowo dojechać do Jastrzębiej Góry do obelisku, gdzie zamaczając stopy i ogumienie w morskiej pianie rozpocząć się miała ma droga. Jedynym zmartwieniem i wahaniem przed startem była niekorzystna prognoza pogody. Przez pierwsze dni wyjazdu miało lać jak z cebra. Mimo niewiadomej i już niejednokrotnego rozczarowania prognozami, postanowiłem zaryzykować. Jednego razu olewając takie prognozy wyjechałem na Jurę Krakowsko-Częstochowską trafiając w nocy na trąbę, która poczyniła spore spustoszenie w zeszłym roku. Noc przetrzymałem w namiocie, który prawie został zdmuchnięty przez porywy wichury. Ogromnie przy tym waliły pioruny rozświetlając wszystko dokoła. Następnego dnia, niewzruszony, lecz przemoczony do suchej nitki wróciłem do domu, dowiadując się o poczynionych szkodach. W Tatrach wiele razy pogoda się nie sprawdziła na korzyść, ale góry podobno są nieprzewidywalne. Pokazały mi to kilka dni później.


Zabrałem ze sobą odzież górską czyli spodnie i kurtkę wiatro-deszczoodporną, choć po latach górskiej tułaczki, wiem że nie ma siły na wodę przy jednoczesnym oddychaniu ciała. Mały plecak potrzebny do wejścia na szczyt, namiot marketowy ze względu na rozmiar i wagę, płachtę biwakową, karimatę i śpiwór. Oczywiście buty górskie jako alternatywę dla sandałów oraz krótkie spodenki rowerowe z pampersem co by nie stracić czterech liter i jedną jedyną koszulkę oddychającą jako me odzienie. Dodatkowo lekką kurtkę wiatrówkę zajmującą nie wiele miejsca w bagażu i cienki wykorzystywany w górach polar. Dopełnieniem było trochę żywności ze sprzętem kuchennym z jednym średnim kartuszem gazu. Dodatkowo klucze, pompka, dętka, łatki samoprzylepne i oświetlenie. Za przednie służy mi czołówka. I najważniejsze! - APTECZKA!


Mój rower to 9-10 letni góral, kupiony też w markecie a przez lata doposażony w amortyzator przedni, takową sztycę i wygodniejsze siodełko. Sakwy rozwalone na Jurze  połatane klejem. Śmieszą mnie mieszczuchy jeżdżące na wielkokwotowych kółkach od święta na spacer przez kilka przecznic, z pogardą rzucając spojrzenia na mój wehikuł.


20.06.2009 Dzień 1, 145,7km, 8:26h


Piąta nad ranem. Szykuję rower do wyjazdu we Władysławowie. Montaż kierownicy skręconej na czas podróży i sakw na bagażniku. Ruszam ospale w kierunku Jastrzębiej Góry. Po dziewięciu kilometrach zjeżdżam na plażę i wcinam śniadanie przy widokach wzeszłego już słońca nad bezkresną tonią morza. Dzień zapowiada się słonecznie choć kilka chmur mnie niepokoi. Przechadzam się plażą zamaczając nogi w przypływach falującej wody. Gdy dochodzi godzina szósta wyruszam w poszukiwaniu obelisku "Gwiazdy Północy", który znajduję zaraz po opuszczeniu piasku. Kilka zdjęć dowodowych i czas na wyruszenie w drogę ku przygodzie...




21.06.2009 Dzień 2, 146,2km, 7:55h





22.06.2009 Dzień 3, 152,8km, 7:44h



23.06.2009 Dzień 4, 125,4km, 6:34h



24.06.2009 Dzień 5, 151,6km, 7:59h




25.06.2009 Dzień 6, 86,8km, 5:50h





26.06.2009 Dzień 7 - Rysy , 48,7km, 3:18h



...Wyjechałem o 7:40 do kresu swej wyprawy, w stronę Łysej Polany. Od Nowego Targu dzieliło mnie przewyższenie w pobliżu Rabskiej Góry. Z Gronkowa przez Leśnicę-Groń do okolic Bukowiny Tatrzańskiej jest spokojny, niewielki ruch kołowy. Podjazd przed Bukowiną T. zmusił mnie do zejścia z roweru. Na wyjeździe punkt widokowy na moje ukochane Tatry. Ostatni podjazd ciągnął się do rozwidlenia dróg na Zakopane skąd kilkukilometrowy zjazd do Palenicy Białczańskiej, osiągniętej o godzinie 12:22. Niestety ruch rowerowy do Morskiego Oka jest zakazany i nawet dla mnie bileterka nie złamała zakazu. Rower zostawiłem w stróżówce, przepakowując tylko to, co było mi potrzebne do wejścia na dach Polski. Widząc dobrą pogodę postanowiłem spróbować wejścia jeszcze tego samego dnia. Rysy osiągnąłem o godzinie 18:18 w 6 dni 12:18h z 0m n.p.m. Przebyty kilometraż z Jastrzębiej G. do Palenicy B. to ok. 857km. Całkowity 904,8km.




"Góry są żywiołem

Człowiek wchodzący w góry rozpoczyna z nimi grę.

Ratownicy wkraczają wtedy, gdy gra toczy się na serio, gdy staje się walką o życie."

Michał Jagiełło, Naczelnik TOPR w latach 1972-1974


Na górze nagle zrobiła się wichura z trudem powodując utrzymanie równowagi. Rozpocząłem wyścig z burzą na dół. By tylko mnie nie dorwał deszcz zanim dojdę do Buli - latały myśli po głowie...



...Ciesząc się z dotarcia tutaj nie przewidziałem, iż czeka mnie jeszcze męka przedarcia się do Czarnego Stawu. Do głazów doszedłem bez problemu tylko powoli by się nie poślizgnąć na mokrej skale. Przysiadłem pod dolnym posilając się dopiero tutaj kostką czekolady i zastanawiając się nad przejściem śniegu. Ten był zmrożony na beton i nie było innej możliwości jak jego obejście. Niestety obejścia to mokre, śliskie trawki z ruchomymi kamieniami. Zanim dotarłem do bezpiecznego miejsca minęła co najmniej godzina jak nie więcej. Bezpiecznie było dopiero w połowie stawu gdy przeszedłem ostatnie pole śnieżne...



...Następnego dnia po powrocie do domu spuchły mi kostki, próbując chodzić czułem jakby ścięgna się strzępiły a temperatura dziwnie nie chciała spaść poniżej 38 stopni Celsjusza. Drugiego dnia po powrocie temperatura zeszła do 37 stopni i po przeleżeniu obu dni w łóżku wróciłem do zdrowia, choć nadwyrężone ścięgna Achillesa dokuczały mi jeszcze tydzień.

© Mielczarek Paweł



Opis wyprawy znalazł się na łamach miesięcznika RowerTour w październiku 2009 w 1/5 pierwowzoru, który w całości mam nadzieję, zasili strony spisywanej przeze mnie książki.