Pisane dla Rowertour pod koniec października 2012

artykuł nie ukazał się na łamach ich pisma,

za to w zmienionej formie wziął udział w konkursie Klubu Podróżników Śródziemie i trafił na ich główną stronę www.klubpodroznikow.com ( bezpośredni link )

"Otwarta formuła konkursu zaowocowała zróżnicowanym podejściem do tematu. Relacje i opisy, dłuższe i krótsze, aktywnie i wypoczynkowo, z Polski i zagranicy. 15 tekstów, setki zdjęć, niezliczona ilość emocji i przeżyć. Pozostając w zgodzie z zasadami konkursu - fotorelacja z praktycznymi informacjami - oraz w zgodzie z własnym sumieniem - warsztat, temat i jego ujęcie, za najlepszą z przesłanych prac uznałem opowieść z Cypru Anny Ruščak. Za zachowanie balansu między faktami i emocjami, za uważne oko, za zgrabne łączenie historii dziejącej się na naszych oczach i tej z kart Wikipedii, za odświeżenie zapomnianego konfliktu. Gdybym mógł przyznawać wyróżnienia, nagrodziłbym MCenta za najciekawszy reportaż oraz pirzu za odkrywanie tego, co tuż obok nas."

Paweł Zając

Redaktor Onet.pl.podróze wyniki


Jak nie objechałem Polski


Dookoła Polski na rowerze w trzy tygodnie, było dla mnie nie lada wyzwaniem. Mając 38 lat takie wyjazdy były dla mnie w tym okresie życia stratą i tak zbyt krótkiego czasu urlopowego. Zawsze nakręcała mnie adrenalina, a więc sporty "ekstremalne". Wspinaczka, włóczęgi zimowe po graniach czy alpejskie czterotysięczniki nie są dla mnie obce. Jazda na rowerze jest jednak codzienną frajdą jako środek przemieszczania się do pracy i z powrotem, czy wypady za miasto pod skałki by się pomęczyć na ich ścianach. Zdarzają się także 130-150km przejazdy, ale by jechać na wyprawę kilka tysięcy kilometrów trzeba albo mieć dużo czasu i środków albo ich nie mieć przy pierwszym warunku z odrobiną odkrywczości we krwi. Czasy mamy ciekawe by nie mówić dziwne a codzienność na tyle wszystkich przytłacza, że chcą robić rzeczy inne, nie dla wszystkich dostępne. Zostawiane na jesień życia bardziej zaawansowane rowerowanie okazało się czymś całkiem przyjemnym, możliwe że normalnym, na pewno namacalnym w tej chwili.


Ślad trasy z GPS. Kolory czerwony i żółty naprzemian oznaczają odcinki dzienne.


Profil trasy z GPS


W pracy udało się wyciągnąć trzytygodniowy urlop + weekend + dzień odbioru za nadgodziny. Zaplanowałem poruszać się w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara, mniej więcej po trasie wyznaczonej przez PTTK - zwaną rajdem kolarskim dookoła Polski. PTTK stworzyło specjalny regulamin jej pokonywania który wszedł w życie 1-go lipca 1978r. Z historycznych przyczyn moje pokolenie w nosie ma posiadanie jakiejkolwiek legitymacji a już na pewno czerwonej. Nie mniej jednak wyznaczone cele na trasie uznałem za warte zachodu. 24 dni na ok. 3500km dało w prostym działaniu matematycznym blisko 150km dziennie. Uznałem to za wykonalne poza terenami górskimi. Stracone kilometry zamierzałem nadrabiać w miejscach nizinnych. Od gór jednak postanowiłem zacząć i na nich zakończyć. 17-go sierpnia rankiem zapakowałem się do pociągu do Żywca, gdzie rozpocząłem trud wycieczki. Ogólnie pierwszy dzień zawsze jest najtrudniejszy, trzeba się zaadoptować do nowych warunków itp. Mnie tego dnia udało się dojechać do Zakopanego przez przełęcz Krowiarki, z której tak błogo sunęło się w dół, że nawet skansen w Zubrzycy Górnej mnie nie zatrzymał.


Start.


Zabrałem ze sobą tylko dwie sakwy tylne i mały plecak, który pozbawia mnie bólu pleców w pochylonej na tego typu pojeździe pozycji. Nie wiedząc jakie mnie mogą czekać atrakcje z noclegami i zaopatrzeniem na wschodniej granicy zabrałem trochę jedzenia liofilizowanego i batonów energetycznych. Kuchenkę z 900ml gazem i aluminiowym garnkiem, herbatę i małe pudełko cukru, apteczkę. Śpiwór o komforcie termicznym w okolicach 0 stopni Celsjusza, płachtę biwakową i lekki namiot z marketu za ok. 30zł. Ponieważ taki namiot chroni tylko przed komarami i poza komfortem psychicznym nie jest deszczoodporny zabrałem też plandekę. Taką ogrodową 2x3m dostępną za 6-10zł z oczkami na brzegach. Do niej sznurek który miał służyć do jej naciągu na namiot, by było w nim sucho i przewietrznie - oddychalność. Patent z plandeką wyczytany na zwycięskim blogu roku 2011 "Paragon z podróży", lekko zmodyfikowany okazał się eureką. W plecaku oprócz dużego aparatu zmieściły się wszystkie rzeczy jakie ze sobą zabrałem: kurtka i spodnie przeciwdeszczowe, wiatrówka, mikro-polarowa bluza i spodnie, 2 koszulki, 2 pary skarpet i spodenki kolarskie, 2 komplety bielizny i kamizelka polarowa. Prócz butów SPD miałem także sandały z tworzyw sztucznych. Zabrałem tak mało rzeczy wychodząc z założenia, że będę prał brudne na bieżąco. Polary miały mnie zabezpieczyć w razie zimnych dni a szczególnie na koniec trasy. Na zabranym jedzeniu byłem w stanie przeżyć maksymalnie tydzień.


Środkiem transportu był użytkowany na co dzień stalowy rower górski ważący z osprzętem 18,1kg. Z możliwych awarii brałem pod uwagę starte klocki hamulców V-brake i zerwanie łańcucha lub linki, ew. przebicia kół. Zatem te części znalazły się jako akcesoria dodatkowe z kółkami przerzutki tylnej w zapasie gdyż zamontowany łańcuch miał już przebieg ponad 5 tys. km. Napęd wytrzymał przeciążenia na całej trasie i do końca sezonu na nim pedałowałem. Jedynie kółka przerzutki straciły swoją pierwotną formę.


Jak na 8 tys. przebiegu całkiem nieźle się spisały.


Po wyczyszczeniu nie wyglądało to już tak tragicznie ale zostały wymienione na nowe.


Posługiwałem się zestawem map rejonu przygranicznego z atlasu samochodowego o podziałce 1:300 000/1cm=3km, wcześniej przygotowanego w postaci wydruku obustronnego. Zmieściłem to wszystko na 11 kartkach formatu A4. Na używanym w górach tekstowym GPS'ie, zaznaczyłem miejsca z listy PTTK, które okazały się przydatnym elementem. Widziałem na ekranie gdzie mniej więcej się znajduję i operując podziałką wiedziałem jak daleko mam do danego miejsca. Niestety robiłem to w wieczór przed wyjazdem i zaznaczyłem punkty tylko do Gródka. Bardziej interesował mnie ślad jaki zapisze to urządzenie podczas całej drogi.


"Podróżować, doznawać wrażeń i uczyć się - to znaczy żyć"

"Człowiek Everestu Tenzing" opracował James Ullman


Pierwszego dnia przejechałem blisko 130km resztkami sił docierając do Zakopanego, gdzie nocowałem na Krzeptówkach. Najpierw podjazd do Huciska a później przełęcz Krowiarki wyssały ze mnie całą parę. Reszta drogi prócz zjazdu z Krowiarek była męczarnią. Jednak w okolicach godz. 22-ej spotkałem się ze znajomymi na Krupówkach robiąc dodatkowo 10km, oczywiście rowerem. W drugim dniu szło mi lepiej choć na pierwszym skrzyżowaniu zaliczyłem wywrotkę z powodu niezamierzonego wpięcia buta w zatrzask pedału. Sakwy i plecak przejęły całe uderzenie o asfalt. Podjazd na Jaszczurówkę poszedł dosyć gładko za to zjazd z Bukowiny cudowny. Rozpędziłem się do 65 km/h zmuszony hamować przez zabytkowy wóz strażacki wstrzymujący ruch samochodów. Podczas dojazdu do Niedzicy stwierdziłem, że ten kto wyznaczył trasę tego rajdu miał łeb na karku - wiedział co dobre dla takich jak ja. W Niedzicy pospacerowałem po tamie z widokiem na dwa zamki. Do tego po drugiej stronie, czyli do Czorsztyna potężny podjazd, za to z przepięknymi widokami na Tatry. Do zamku w Niedzicy nie wchodziłem ze względu na tłumy go oblegające i polecenie przez spotkaną przewodniczkę tego drugiego, jako większą atrakcję. Rzeczywiście z Czorsztyna są lepsze widoki na sztuczny zalew zasilający tamę elektrowni, którą można zwiedzić. Sam zamek warto zwiedzić i spędzić w tych okolicach więcej niż jeden dzień. Dalsza droga przez Krościenko, Stary Sącz do Piwnicznej w miarę płaski. W Starym Sączu na pięknym rynku zjadłem kolację. Biwakowałem na terenie szkoły podstawowej i gimnazjum, tuż przy wyjeździe z Piwnicznej-Zdrój. Wężowatą trasą do Krynicy Zdrój jechałem po raz pierwszy, zachwycony jej pięknym otoczeniem. Dolina dostarcza widoków spotykanych w Alpejskich szlakach komunikacyjnych. Choć złaziłem większość terenów górskich naszego kraju nie sądziłem, że podobne tereny się u nas znajdują. Jechałem z bananem na ustach. W Krynicy Zdrój drugie śniadanie. Między starą i nową pijalnią wód zdrojowych, tłumy kuracjuszy lansowały się w ciepłym słońcu tym bardziej, że było to niedzielne przedpołudnie. Tego dnia wylądowałem w Dukli gdzie biwakowałem na terenach klasztoru pw. św. Jana. Po drodze warto zwiedzić spotykane cerkwie Łemkowskie. Szczególnie w Bereście jest świeżo odrestaurowany ikonostas, a sama cerkiew uznawana za jedną z najładniejszych w Beskidzie Niskim. W Grybowie chcąc zrobić zdjęcie nietypowej budowli mostowej zaliczyłem wywrotkę na drugą stronę, także przez SPD. Podczas całej wyprawy zdarzyły mi się jeszcze dwa takie przypadki. Wjeżdżając na Podkarpacie razem z granicą województwa zmieniły się też drogi na gorsze, spękane, połatane, nierówne. W sumie za Grybowem sporo podjazdów i zjazdów. W górę ok.7-8km/h by w dół 38 lub więcej km/h - i tak w kółko. W Nowym Żmigrodzie przedwieczorny posiłek na rynkowej ławce. Z Dukli chciałem pojechać dalej, szukać noclegu po drodze, lecz mieszkańcy wystraszyli mnie brakiem jego możliwości jak i samych sklepów do samej Komańczy. Dzięki temu zwiedziłem klasztor i nabrałem sił na dalszy etap. Następnego dnia dotarłem do Ustrzyk Górnych. Chyba najgorszy odcinek całego wyjazdu. Nie dość, że odległość tego odcinka jest zaniżona wg PTTK to niewiarygodne gorąco lało się z nieba. Niby to już małe góry ale dzień dał mi się mocno we znaki. Podjazd pod przełęcz Wetlińską też wcale nie jest taki lekki, za to na niej samej można kontemplować widoki na Połoniny. Tam właśnie docierając mocno spocony, przypadkiem nie zauważyłem Przemysława Babiasza, zapatrzonego w te cudne widoki. Mając zamiar coś przekąsić i napić, usiłowałem to wydostać z tobołów. Nagle ten się do mnie odwrócił i spokojnym tonem oznajmił: "Widzieliśmy jak pan wjeżdżał na tę górę i nie dość, że z sakwami to jeszcze z plecakiem". Jak stałem tak osłupiałem z wrażenia. Za to następne pół godziny minęło na miłej rozmowie o rowerowaniu okraszone wspólnymi zdjęciami, sprzętem obu stron. Bardzo miły i skromny człowiek. Wieczór spędziłem w schronisku Kremenaros , gdzie postanowiłem w końcu przymocować sznurki do plandeki naciąganej na namiot. W nocy trochę pokropiło zmuszając mnie do szybkiej akcji jej użycia. Po drodze z Dukli do Ustrzyk G. warto zaglądnąć do wszystkich cerkwi jakie się spotka. Jeśli nocuje się w Cisnej, warto spędzić wieczór w sławnej knajpie Siekierezada, ale pewnie już to wiecie.


Podobno przygoda zaczyna się wówczas gdy przytrafia się nieprzewidziane, gdy wszystko nie trzyma się planu, gdy ton nadaje samo przypadkowe. W schronisku poznałem trójkę chłopaków którzy jechali po drugiej stronie gór przez Słowację. W ciągu tych samych czterech dni jechali w ciągłym deszczu. Rano następnego dnia jeden z nich pożyczył mi dobrą teleskopową pompkę, którą dopompowałem tylne koło. Wydawało mi się już od pewnego czasu, że spadło mi w nim ciśnienie a po drodze nie znalazłem stacji benzynowej z kompresorem. Uważaj, bo opona rozsadzi ci felgę! - ostrzegali podczas pompowania. Pożegnaliśmy się i popędziłem w stronę Przemyśla. Od tego miejsca trasa po Frombork była dla mnie białą plamą, wcześniej nie znaną. Odcinek Ustrzyki G. - Przemyśl, ładny, trochę podjazdów ale już nie takich jak w górach. Zwiedziłem wiele cerkwi. Na tematy życiowe pogawędziłem z tubylcem w Rabe. W Liskowate spotkałem polaków mieszkających w Niemczech, bardzo narzekających na stan naszych dróg, a przecież tyle się u nas ostatnio na nich działo przed Euro. Jak mówi mój znajomy "Ja się tam cieszę, że coś robią. Za jakiś czas będzie i u nas lepiej". W Ustrzykach Dolnych zjadłem najlepszego zrazowego w życiu. Nawet moja mama nie robi takiego, o żonie nie mówiąc. Bieszczadzkie pod sosnami - polecam się tam posilić. Ogólnie większość znajomych uważa Bieszczady za dzikie. Jadąc z Ustrzyk D. przez Krościenko do Kuźminy można dopiero coś na ten temat powiedzieć. Niestety Bieszczadzkie miejscowości stały się już kurortami i są oblegane przez letników. W samej Kuźminie zauważyłem dziwne zachowanie manetki hamulca tylnego. Jakby pulsowała podczas hamowania. Nie od razu zdałem sobie sprawę co się stało. Spokojnie sobie jeszcze obejrzałem przykościelny cmentarzyk. Podczas sporego podjazdu w stronę Przemyśla zmuszony zatrzymać się na łyk napoju odkryłem, że pękła felga. Przez pewien czas tak jechałem od wsi do wsi szukając sklepu bądź serwisu, ale żadnych takich na tej trasie nie było. Takie piękne zjazdy a ja powolutku, by się zbytnio nie rozpędzić wyhamowywałem przednim kołem. Po drodze rozpiąłem całkowicie szczęki bo już coraz mocniej tarły o oponę. Zwiedziłem jeszcze Krasiczyn, co prawda z zewnątrz bo sam obiekt był już zamknięty. Przechadzka po ogrodach zamkowych także była warta zachodu. Z awarią dojechałem 40km do Przemyśla w całkowitych ciemnościach, gdzie przenocowałem na posesji bardzo miłych mieszkańców. Do północy rozmawialiśmy przy mocnym samogonie, który podobno jakaś wieś próbowała zalegalizować podobnie do oscypka. Bardzo otwarci ludzie. Starszy sąsiad opowiadał, jak to za jego młodzieńczych lat także spotykał rowerzystów z dalekich stron. Być może byli to prekursorzy kolarskiego rajdu dookoła Polski. Kolejnego dnia pozostawiając w serwisie rower spędziłem przedpołudnie zwiedzając Przemyśl do czego serdecznie namawiam. Po wymianie koła dotarłem późnym wieczorem do Horyńca-Zdroju, na Roztocze, gdzie trzeba zobaczyć w pobliskim Radrużu cerkiew zerowej klasy. Mnie się nie udało wejść do środka ale na pewno kiedyś tam wrócę. Jeśli nie było wyjścia, co 3 dni wynajmowałem kwaterę by się dobrze odświeżyć i oprać. W Horyńcu tak właśnie było. Przy okazji znów ciekawi ludzie i ich poglądy. Warto pospacerować po Jarosławcu, w Lubaczowie zaglądnąć do sanktuarium Marii Panny a w samym Horyńcu zrobić bazę wypadową w okolice na kilka dni. Siódmego dnia nocowałem w Hrubieszowie gdzie urodził się B. Prus i warto odwiedzić muzeum im. ks.St.Staszica. Po drodze koniecznie trzeba zobaczyć były obóz zagłady w Bełżcu a wcześniej odwiedzić Stare Brusno. Cmentarz z nagrobkami ręki tych samych rzeźbiarzy, których prace znajdują się na cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie. Niestety wg mieszkańców ładniejsze rzeźby zostały rozkradzione a te, które pozostały są mocno zniszczone.


Do tej pory przebyte odcinki dzienne wahały się w okolicach 130km. Wedle założenia miałem do nadrobienia 140km. Im dalej się jednak posuwałem, tym więcej było do zobaczenia i zaczęło mnie to coraz mniej obchodzić. Następny nocleg wypadł nad jeziorem Białym, gdzie przeżyłem jedną z najgorszych nocy podczas wyjazdu. Spałem na polu namiotowym gdzie działy się iście pijackie sceny, niestety spotkane jeszcze w Węgorzewie. Po drodze trzeba odwiedzić były obóz koncentracyjny w Sobiborze, w którym obecnie trwają prace wykopaliskowe mające na celu stwierdzenie dokładnego umiejscowienia baraków. Obecny budynek muzeum zostanie rozebrany a za nim powstanie nowy obiekt go zastępujący. Ślady mordu są na łące wokół symbolicznego kopca. W próbkach odwiertowych stwierdzono popioły ludzkie znajdujące się już 10cm pod powierzchnią ziemi i sięgają na głębokość 4,5m. Na samym spodzie prawdopodobnie są ciała przysypane wapnem, gdyż w próbkach znajdowano włosy ludzkie.


Nie jestem w stanie opisać całej wyprawy na łamach tego artykułu, ograniczony dostępnym miejscem, dlatego po drodze do Szczecina, gdzie zakończyłem wyprawę, wskażę co przynajmniej warto zobaczyć. Klasztor św. Onufrego w Jabłecznej, Sanktuarium i Kalwaria w Kodniu, jedyne w Polsce sanktuarium Unitów Podlaskich w Kostomłotach, sanktuarium w Pratulinie, stadnina koni w Janowie Podlaskim, Kalwaria w Serpelicach, Grabarka, skansen i szlak dębów w Białowieży, meczet tatarski w Kruszynianach, Krynki, kościół pw. św. Antoniego Padewskiego w Sokółce - w którym znajduje się cudowna hostia. Sanktuarium w Różanym Stoku, sanktuarium w Studziennej, klasztor Kamedułów w Wigrach, Punkt widokowy u Pana Tadeusza w Smolnikach, Stańczyki, Mamerki, Park Miniatur w Gierłoży, Wilczy Szaniec - koniecznie z przewodnikiem, piękne sanktuarium w Świętej Lipce. Zamek w Reszlu, sanktuarium w Stoczku Klasztornym gdzie przetrzymywano kard. S. Wyszyńskiego, zamek w Lidzbarku Warmińskim, wzgórze katedralne w Fromborku. Obóz koncentracyjny Stutthof, skansen w Klukach - koniecznie, Fort zachodni i latarnia Świnoujściu, muzeum regionalne w Wolinie. Zachwycamy się Europą zachodnią, Afryką i wszystkim poza naszymi granicami. Po tej wycieczce zmuszony jestem stwierdzić prawdziwość przysłowia: Cudze chwalicie, swego nie znacie.


Zdjęcie licznika zrobione po powrocie do domu. Koniec I etapu. II został zrealizowany w dniach 02-09.06.2013 ~1000km - opis tutaj


W Szczecinie dane mi było gościć u Państwa Miłoszewskich. Marek z synem Mateuszem opisywał na łamach Rowertour'u swe wyprawy dookoła Polski a ostatnio pojechali rowerami na Olimpiadę do Londynu. W Sarbinowie dotarła do mnie waga pytania zadanego w rozmowie telefonicznej z mym synem: "Kiedy wrócisz tato?". 21 dnia wyprawy wróciłem do domu po przejechaniu 2655km, poznaniu nieznanej mi części Polski, bogatszy o nowe doznania i znajomości. Na pewno nie żałuję straty kolejnego szczytu góry. One zawsze tam będą czekać a różnorodność naszego kraju zbyt szybko zanika. Na wschodniej ścianie rosyjski dialekt jest już rzadkością, więc za nim twój palec wskaże jakiś punkt na mapie świata, zastanów się - czy wiesz gdzie mieszkasz?


Pocztówki z podróży.



Wszystkim spotkanym na trasie dziękuję z całego serca za dobre słowo i pomoc.